Kompilacja brytyjskich wypadków, czyli BTCC na przestrzeni lat

Na pewno nie raz i nie dwa spotkaliście się z sytuacją, w której znaleźliście się w obcym kraju i to co dla Was było ekscytującą nowością, dla mieszkańców było “chlebem powszednim”. Kojarzycie serię BTCC? Laik zapewne ów skrót potraktowałby, jako literówkę przy WTCC. A jednak mamy tu do czynienia z odrębną naprawdę interesującą brytyjską serią. British Touring Car Championship jest tylko niewiele młodsza od Formuły 1. I jakby się głębiej zastanowić to z F1 łączą ją pewne znakomite więzi. I nie mamy tu na myśli tego, że i tu i tu mamy wyścigi. Nie jesteśmy ignorantami. Tą znamienitą więzią jest nie kto inny, a założyciel owej serii: Ken Gregory. Już kojarzycie? Nie? Pan Gregory był menedżerem Sir Stirlinga Mossa. Sądzimy, że zbędne jest dalsze wyjaśnianie. Trudno wyobrazić sobie osobę kochającą motor-sport, która nie ma jednocześnie pojęcia kim jest Pan Moss. Historia tej najistotniejszej serii na wyspach tak skutecznie kolonizowanych przez rodaków sięga roku 1958. Wtedy jeszcze znana była jako British Saloon Car Championship, którą do obecnej nazwy przemianowano w roku 1987. My dziś skupimy się na tym, co w wyścigach nieuniknione, czyli efektownych, wręcz spektakularnych wypadkach. Brytyjczycy: Oj tak, trzeba przyznać, że mimo iż jeżdżą po złej stronie drogi oraz mają bezsensowne wtyczki, kontakty i kompletnie niepraktyczne krany (Rozumiemy w Szkocji. Tam na pewno miało to związek z oszczędnością ciepłej wody. Odkręcisz, poparzysz się, zakręcisz i umyjesz w zimnej.) to jednak ścigają się co najmniej tak samo twardo, jak na kontynencie.

Dodaj komentarz