Tylnonapędowy samochód sportowy, nie uwzględniając BMW – przegląd oferty rynkowej.

Nie ma co ukrywać, silnik z przodu i napęd z tyłu, to klasyka gatunku. Dzięki takiej konfiguracji, samochód powinien być optymalnie wyważony i świetnie się prowadzić. Na dodatek ma tendencję do nadsterowności – czyli to, co duzi chłopcy w samochodach lubią najbardziej. Jednak możliwości jest niewiele. Jaki samochód wybrać, jeżeli BMW, którymi przesycony jest nasz rynek, nie wchodzi w rachubę?

Na wstępie BMW odpada. Jedyne co można dodać na jego temat to, że są to dobre samochody, które chętnie zamiatają tyłem. E30 to już klasyk, a E36 powoli przestaje być stereotypowo kojarzony z dresami. Niestety ciężko jest się wyróżnić w takim wozie. Tutaj na pomoc przychodzą japońscy producenci. Toyota, Mazda, Nissan i ewentualnie koreański Hyundai ze swoim Genesisem. Chociaż ten ostatni… to Hyundai, dobry samochód, ale… Hyundai. Mają problem z wizerunkiem, bo przez lata produkowali zawalidrogi, a teraz marzą o własnym 370Z.

Chciałoby się rzec: to wszystko?! Niestety, ale tak. Jeżeli mowa o stricte sportowym samochodzie, w którym liczą się czysto mechaniczne doznania i permanentne nastawienie, nie tyle na osiągi, co na niczym nie zakłóconą radość z jazdy, to raczej tyko u japońskiej konkurencji można szukać odpowiedniego samochodu. Nie ma sensu rozglądać się za Jaguarami i Mercedesami, o Lexusach nie wspominając. Są to pojazdy, w których oznaczenie „sport” ogranicza się do jednego z przycisków na desce rozdzielczej. A ich twardy charakter daje o sobie znać, kiedy przez kilometry przewodów dojdzie do komputera informacja o chęci dynamicznej jazdy.

Wygląda na to, że Japończycy precyzyjniej słuchali na lekcjach i dokładniej odrabiali zadania domowe. Każdy z wymienionych wyżej producentów ma na swoim koncie niebagatelny, kultowy model, który po mimo upływu nawet wielu lat, nadal ekscytuje gro ludzi.

O tym jak się jeździ danymi samochodami, zapytałem osobę, która na co dzień porusza się Nissanem 350Z, a z japońskimi samochodami brata się w Polsce jak mało kto. Bartek Szmyt reprezentujący grupę Sideway Nature, bo o nim mowa, wspomina o swojej ulubionej marce, czyli nissanie. „Stary (…)” – zaczyna, „W nissanie możesz znaleźć agresywne w prowadzeniu auta, takie jak moja zetka czy S13, ale i łagodniejsze, jak S14”. Problem w tym, że samochody z Jokohamy są na naszym rynku trudno dostępne. Przeglądając popularne serwisy ogłoszeniowe, można dojść do wniosku, że łatwiej jest trafić kremowego mercedesa w fabrycznym stanie, niż nie tuningowane S13. Poszukiwania staną się nieco prostsze, jeśli zaangażujemy się w wertowanie ofert z nowszym S14. Jego ceny na polskim rynku oscylują w przedziale 20-35 tyś. złotych, a prawdopodobieństwo, że znajdzie się dopieszczony model jest znacznie większe, niż w przypadku S13. Jeśli chodzi o 350Z, to zakup będzie się wiązał z zabawą w detektywa. Otóż trzeba będzie odróżnić wersję, tą przeznaczoną na rynek europejski, od tej na rynek amerykański. Bartek tłumaczy, że różnic jest wiele np.: „hamulce, zawieszenie, dyfer, wyposażenie czy brak bocznych kierunków”. Przy tym modelu panuje następująca zasada. Wersja US do lansu, a europejska (bliższa japońskiej) do sportu. Chociaż zanim ustaliłem to z Bartkiem minęło trochę czasu, bo on od razu, nie słuchając moich argumentów, przystąpił do monologu: „do sportu lepsza wersja US, bo i tak wszystko wywalasz i zmieniasz np. zawias, dyfer (…)”. Ale jak już udało mnie się dostać do głosu i zaznaczyć, że mówimy o serii, to Bartek z uśmiechem stwierdził: „nie no ta na Europę lepsza, mocniejsze hamulce, szpera mechaniczna w oryginale i lepszy zawias, więc zdecydowanie ta będzie do sportu”.

Oferta używanych tylnonapędowych samochodów spod znaku Mazdy również jest ograniczona. RX-8 lub niemal już niedostępna RX-7, przez wspaniały silnik Wankla, są bardzo trudne i kosztowne w eksploatacji. Dlaczego? Po pierwsze nie wiele jest osób w Polsce, które potrafią poprawnie serwisować tego rodzaju jednostkę napędową. Po drugie osiągnięcie znaczącej mocy maksymalnej z niewielkiej pojemności skokowej, oznacza duże wysilenie jednostki, przez co wymaga ona stosunkowo częstych remontów. Alternatywą mogą być jedynie modele z kultowej serii MX-5. Roadster ten obdarzony został przez fabrykę w tył napęd, niewielki acz dysponujący odpowiednią mocą silnik oraz niską masę i charakterystyczny rozpoznawalny design. Jest to niezwykle udany model, potwierdzają to przede wszystkim wyniki sprzedaży – prawie milion wyprodukowanych egzemplarzy. Po wtóre potwierdza to Bartek, który wspomina, że jest to „(…) fajny lekki klasyk, łatwo wyczuwalny, nie ma może dużej mocy, ale daje mnóstwo frajdy”. To fakt, moc w granicach stu lub stu kilkunastu koni, w zależności od wersji, nie robi wrażenia. Teoretycznie dostępna jest również wersja MX-5 Mazdaspeed z silnikiem 1.8 turbo (moc około 180 KM), ale jest to bardzo rzadka, i pomimo upływu lat, droga odmiana. Jeżeli pojawia się na jakiejś aukcji, to na krótko – ciężko jest ją zdobyć.

Na polu walki pozostała jeszcze Toyota. Cóż. Jeżeli mowa o tylnonapędowej toyocie to nie sposób nie wspomnieć o AE86. Niestety słynna Corolla, tak jak w przypadku innych kultowych japońskich klasyków (np. Datsun 240Z), w niewielkiej ilości eksportowanych do Europy, jest niemal nie dostępna w Polsce. Ewentualnie można pokusić się o zakrojone na szeroką skalę zachodnioeuropejskie poszukiwania, ale skutek może być żaden. Toyota zero-jedynkowo dzieli klientele, która zainteresowana jest używanymi modelami. Jak masz ponad sto tysięcy złoty kupujesz boską GT-86, jeżeli nie – MR2. Ta ostania charakteryzuje się „świetnym wyważaniem” i szczególnie w wersji turbo „nie jest łatwa w prowadzeniu”- przynajmniej tak sądzi Bartek, chociaż jest to ogólnie znana opinia, a świetny rozkład mas, samochód ten, zawdzięcza centralnie zlokalizowanemu silnikowi.

Mętlik w głowie pozostał. A pytanie co kupić? – nie zostało wyjaśnione, acz zostało jeszcze bardziej spotęgowane. Z jednej strony wybór jest bardzo trudny, szczególnie jeżeli nie dysponuje się pokaźnym budżetem. Z drugiej, zdecydowana większość sportowych samochodów na naszym rynku jest albo spod znaku bawarskiego producenta, albo posiada napęd na przód. Podsumować można tak. Jeżeli ma być to auto weekendowe to warto wybrać między bezpośrednimi w prowadzeniu MX-5 lub MR2. Jeżeli ma być to pojazd na co dzień i do czerpania fanu z jazdy, to 200SX (S13, S14) albo droższe 350Z lub salonowe GT86.

Właśnie uświadomiłem sobie dlaczego tak popularne jest BMW.

Tekst: Piotr Rurarz

3 komentarze

  • ado napisał(a):

    Dlaczego nie uwzględniliście Hondy S2000?

  • Hideo OSW napisał(a):

    Nie tylko BMW z europejczyków ma tylni napęd. Ktoś zapomniał o wielu kultowych markach. lol jedziemy Lotus Elise 1 generacji 50 tys zł, MG MGF tansza alternatywa dla mazdy mx5, Porsche za 50 tys kupimy Boxstera z 97r, Porsche 968 lub jego poprzednika za połowę tej kwoty Porsche 944 z końca produkcji. Najtańszy model w gamie wierzgającego konia Ferrari Mondial 50-70 tys zł, odpowiednik Boxtera. W polsce mamy też świetne repliki Lotusa 7 i Cobry około 50 tys zł. uznawane również w UK mekce kitcarów. Za 10 tys zł mamy mustanga z 95r 5,0 v8, za 40 tys zł model 2005r. Są jeszcze ostatnie prawdziwe Alfy Romeo 75 z tylnym napędem.
    Renault Alpine A310 lub GTA v6 50-70 tys zł. Juz w ogóle nie wspominając o Maseratti, Astonie Martinie DB7 itp..

Dodaj komentarz