F1 będzie świecić w twarz klientom lokali w Las Vegas

Fot. Tomasz Kubiak

Grand Prix Las Vegas to największe przedsięwzięcie Formuły 1 jako promotora wyścigu. Liberty Media, czyli właściciel praw komercyjnych, zainwestowało w zawody setki milionów dolarów i zrobi wszystko, aby się zwróciły.

Inauguracyjny wyścig uliczny w Las Vegas odbędzie się 17 listopada. Tor o długości 6,14 km przebiegać będzie między innymi przez słynny bulwar Strip, złożony z najsłynniejszych hoteli oraz kasyn.

Początkowo Formuła 1 chwaliła się, że właściciele wszystkich najważniejszych hoteli i atrakcji leżących tuż przy torze zostali partnerami wyścigu, a ponadto Liberty Media wynegocjowało od nich zakup 39 akrów pod budowę stałej struktury garaży i padoku.

Nie wszyscy jednak są częścią grupy zrzeszonej z promotorem, a właściciele mniejszych lokali będą musieli słono zapłacić, jeśli chcą zarobić na wyścigu mającym wygenerować 1,3 miliarda dolarów przychodu dla lokalnej gospodarki.

Jak donosi New York Post, właściciele przytorowych lokali otrzymali list od Liberty Media, wzywający do opłaty w wysokości 1500 dolarów za osobę opłaty licencyjnej za przywilej oglądania wyścigu ze swojej własności.

Praktyka blokowania widoku każdemu, kto nie zapłaci za bilet, jest zupełnie powszechna na torach ulicznych i nie tylko. Nikogo, kto kiedykolwiek szedł chodnikiem podczas Grand Prix Monako nie zdziwi, że bariery i reklamy są upakowane tak ciasno, aby nie została choćby centymetrowa szpara pozwalająca na nieoficjalne oglądanie akcji na torze spoza jego terenu.

Sytuacja z Las Vegas różni się o tyle, że Liberty Media jak najbardziej chce, aby wyścig można było oglądać bez biletu, spoza terenu toru, ale tylko we współpracujących z nią lokalach. Oczywiście promotor nadal chce zarobić na tych kibicach, lecz stawiane przez niego warunki są nieco absurdalne.

Właściciel Formuły 1 zażądał bowiem opłaty pomnożonej o maksymalną pojemność lokalu, zgodnie z dokumentami przeciwpożarowymi, niezależnie od tego, ilu z nich faktycznie będzie mogło mieć jednoczesny widok na tor. Dla wielu właścicieli oznaczałoby to milionowe rachunki i obawiają się, że przeniesienie opłaty licencyjnej na klientów odwiedzie ich od ponownego odwiedzenia Las Vegas, a właśnie na powracających klientach opiera się wiele biznesów w «mieście grzechu».

Jeszcze bardziej absurdalne jest to, w jaki sposób Liberty Media chce ukarać lokale odmawiające zapłaty haraczu. Zasłanianie widoku poprzez reklamy czy trybuny na terenie toru jest fair, lecz szef Grand Prix Las Vegas Renee Wilm miał grozić właścicielom ustawienie lamp świecących prosto w twarz klientom nielicencjonowanych lokali. Będzie to zupełnie odwrotne doświadczenie od oglądania wyścigu z tarasu własnego apartamentu w hotelu Caesars Palace, który za taką przyjemność życzy sobie pięć milionów dolarów.

Gazeta informuje także o przypadku lokalu, który odmówił uiszczenia opłaty licencyjnej. Promotor miał w związku z tym namawiać sponsorów wyścigu, aby ci wymusili na nim zmianę zdania.

Grand Prix Las Vegas to wielka wygrana Formuły 1, a jego organizacja stała się możliwa tylko dlatego, że Liberty Media zdołało przekonać lokalne władze do tego, że będzie to też wielka wygrana dla miasta. Wymuszanie haraczu od wszystkich okolicznych biznesów i utrudnianie im życia, jeśli tego nie zrobią, to nie jest jednak praktyka, która zapewni promotorowi popularność wśród lokalnej społeczności i może bardzo szybko obrócić się przeciwko F1 – pierwsza umowa z miastem pozwala bowiem na organizację wyścigu tylko przez trzy lata.

Warto też wspomnieć, że pójście do lokalu spoza «białej listy» to nie jedyny sposób, aby pojechać na Grand Prix Las Vegas i go nie zobaczyć. Kilka miesięcy temu pisaliśmy o sprzedaży biletów na wyścig bez widoku na tor.