Ależ to były zawody. Piękna, niemal wymarzona pogoda, tłumy kibiców i kierowcy, którzy przez cały weekend walczyli o każdy metr koszalińskiego Motoparku. Podczas 84. rundy Prime Drift Open, która odbyła się w dniach 14-16 sierpnia, nie zabrakło ani efektownych przejazdów, ani wielkich emocji. Była dramaturgia, były spektakularne pojedynki w parach i mnóstwo dymu unoszącego się nad torem. I właśnie o to w driftingu przecież chodzi.
Przez trzy dni Koszaliński Motopark stał się areną rywalizacji kierowców, dla których liczyły się nie tylko prędkość i precyzja, ale także odwaga, wyczucie samochodu i umiejętność podjęcia ryzyka w ułamku sekundy. Każdy przejazd mógł zmienić układ rywalizacji, a każdy błąd – przekreślić szanse na dalszą walkę. I tak właśnie się działo.
Kibice zgromadzeni wokół toru z pewnością nie mogli narzekać na brak wrażeń. Było głośno, widowiskowo i niezwykle emocjonująco, a kolejne przejazdy dostarczały powodów, by jeszcze mocniej trzymać kciuki za swoich faworytów. W parach nie było miejsca na odpuszczanie – kierowcy jechali blisko siebie, wręcz ocierając się o siebie.
Najpierw trening i poznanie charakterystyki toru
Pierwszym punktem weekendu był trening, w którym mogli wziąć udział chętni zawodnicy, zgłoszeni na rundę. Kilka dodatkowych przejazdów pozwoliło im dokładnie przyjrzeć się konfiguracji trasy i przygotować się do późniejszej rywalizacji. To właśnie wtedy można było sprawdzić, jak samochód zachowuje się w poszczególnych partiach koszalińskiego obiektu oraz gdzie należy szukać optymalnego toru jazdy.
Nad wyznaczeniem właściwej linii i późniejszą oceną jej realizacji czuwał skład sędziowski w osobach Igora Chalki, Petera Kesslera oraz Dominika Kaczmarka. Zawodnicy mieli więc już podczas treningu okazję oswoić się z tym, czego w kolejnych etapach zawodów oczekiwać będzie od nich trójka arbitrów.
Koszaliński Motopark ma swoją specyfikę. Trasa jest stosunkowo ciasna i pełna zakrętów, przez co nie pozwala na chwilę dekoncentracji. Dodatkowym wyzwaniem są zmiany wysokości – w jednej z sekcji samochody najpierw pokonują fragment prowadzący lekko pod górę, by za moment znaleźć się na zjeździe. Taka konfiguracja wymaga od kierowców dużej precyzji i płynności, a odpowiednie wyczucie samochodu ma tutaj szczególne znaczenie.
Trening był zatem pierwszą okazją, by znaleźć właściwy rytm na tej wymagającej trasie i przygotować się do tego, co miało nadejść podczas kolejnych etapów koszalińskiej rundy.

Faworyci, młode talenty i długo wyczekiwane powroty
Wraz ze zbliżającym się startem rywalizacji coraz większą uwagę przyciągali zawodnicy typowani do odegrania czołowych ról w swoich klasach. W Masters mocną reprezentację stanowili Mateusz Suski w efektownej Toyocie Suprze MK5 oraz Łukasz Pijar, który tradycyjnie pojawił się za kierownicą charakterystycznego BMW E46 Touring.
W PRO szczególnie interesująco zapowiadała się rywalizacja Kordiana Treli Muchewicza, startującego Nissanem S15, oraz Rafała Bieja w BMW E36. Sporo emocji mogła przynieść także klasa Pro Am, w której wysoko plasowali się młodzi Nikodem Pałasz w BMW E46 i Adam Jung w tym razem aucie zastępczym(BMW E36 Touring o mocy 190 HP).
Koszaliński weekend miał również swoje szczególne historie. Po kilku latach przerwy za kierownicę ponownie wsiadł Jakub Smuszkiewicz w swoim bardzo mocnym BMW E46. Na tor wrócił także Leszek Rachimow – jedna z bardziej doświadczonych postaci driftingowego środowiska – tym razem w BMW E36.
Przed zawodnikami było więc nie tylko starcie o wynik, ale również spotkanie różnych pokoleń driftingu – od młodych kierowców dopiero budujących swoją pozycję, po tych, których kibice doskonale pamiętają z wcześniejszych lat.
Sobotnie kwalifikacje – pierwsze rozstrzygnięcia
Sobotnie kwalifikacje przyniosły pierwsze naprawdę konkretne rozstrzygnięcia, ale również sporo emocji jeszcze przed rozpoczęciem walki o najwyższe lokaty. Pechowo zakończył się weekend dla niezwykle utalentowanego Czecha Daniela Pelikana. Awaria jego samochodu sprawiła, że nie był w stanie przystąpić do kwalifikacji, a tym samym musiał pożegnać się z dalszą rywalizacją. To duża strata dla całych zawodów – podczas wcześniejszych treningów Pelikan prezentował świetne tempo i pokazał, że jego przejazdy mogły być ozdobą koszalińskiej rundy.
Gdy jedni musieli pogodzić się z rozczarowaniem, inni rozpoczęli budowanie swojej przewagi. W klasie Masters najlepszy okazał się Fabian Hała, który zakończył kwalifikacje z bardzo dobrym wynikiem 91 punktów. To najmłodszy zawodnik w historii ligi w klasie Masters.
W klasie Pro nie było większego zaskoczenia – pierwsze miejsce wywalczył Kordian Trela-Muchewicz. Z kolei w Pro Am świetnie zaprezentował się kolejny przedstawiciel młodego pokolenia. Najlepszy wynik uzyskał Borys Piotrowski, startujący BMW E46.
Kwalifikacje ustawiły więc zawodników na dalszą część weekendu, ale prawdziwa próba charakteru miała dopiero nadejść. W rywalizacji w parach jeden błąd mógł bowiem zakończyć marzenia o zwycięstwie.

Niedziela pełna emocji. Od zaciętego Pro Am po wielki finał Masters
Niedzielny poranek rozpoczął się od ostatnich przygotowań przed najważniejszą częścią weekendu. Zawodnicy klas Masters i Pro mieli jeszcze chwilę na rozgrzewkę i dopracowanie ustawień samochodów, natomiast w Pro Am przyszedł czas na decydujące starcia.
W tej klasie o końcowym układzie tabeli zdecydowały naprawdę niewielkie różnice. Przy tak wyrównanej stawce każdy punkt miał znaczenie, a rywalizacja do samego końca pozostawała otwarta. Ostatecznie zwycięstwo przypadło Pawłowi Nawarze w BMW 1. Drugie miejsce wywalczył Aleksander Pelikański w BMW E82, a na najniższym stopniu podium stanął Borys Piotrowski,za kierownicą E46.
Później temperatura na torze zaczęła rosnąć wraz z kolejnymi pojedynkami klasy Pro. I trudno było o lepszy sposób na przyciągnięcie uwagi publiczności. Zawodnicy jechali niezwykle blisko siebie, a w wielu parach różnica między samochodami była niemal niezauważalna. Kibice raz po raz reagowali okrzykami niedowierzania, obserwując odważne i niezwykle precyzyjne przejazdy.
Najlepiej z całej stawki poradził sobie Mike Tesler z Ukrainy, startujący BMW E46. W finale pokonał Rafała Bieja, sięgając po zwycięstwo w klasie Pro. To historyczny wynik dla tego zawodnika. Trzecie miejsce przypadło Michałowi Karwatowi, natomiast czwarty był Michał Dębski, który również pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Klasa Pro zdecydowanie zrobiła swoje – publiczność była już rozgrzana do czerwoności.
A wtedy przyszedł czas na finałowy deser – klasę Masters…
Tutaj również nie było mowy o spokojnym oglądaniu. Kierowcy od pierwszych pojedynków jechali bez kalkulacji, często na granicy możliwości swoich samochodów. Bliskie przejazdy, ogromne tempo i niejednokrotnie kontakt między autami sprawiały, że emocje sięgały zenitu. Szczególnie gorąco było podczas pojedynków Łukasza Wróblewskiego w BMW 1 i Leszka Rachimowa w BMW E36.
Niestety, w walce o najwyższe lokaty zabrakło również Mateusza Suskiego. Zawodnik, który przed zawodami był wymieniany w gronie faworytów Masters, nie zdołał dokończyć rywalizacji. Tym razem bezlitosna dla zawodników okazała się technika – awaria jego samochodu wyeliminowała go z dalszej walki. To z pewnością jeden z większych niedosytów koszalińskiej rundy, szczególnie że efektowna Toyota Supra MK5 była jednym z samochodów, na które kibice zwracali szczególną uwagę.
W półfinale Rachimow przeszarżował i z impetem uderzył w samochód Wróblewskiego. Uszkodzenia jego BMW okazały się na tyle poważne, że nie mógł kontynuować rywalizacji. Oznaczało to czwarte miejsce dla Rachimowa, podczas gdy Wróblewski musiał rozpocząć walkę z czasem. Jego samochód wymagał szybkiego przygotowania, bo finał był już coraz bliżej.
A w nim czekał Fabian Hała…
Ostatecznie wszystko rozstrzygnęło się na torze. Łukasz Wróblewski zaprezentował bardzo pewne i przekonujące przejazdy, a sędziowie jednogłośnie wskazali właśnie jego jako zwycięzcę finału. Fabian Hała musiał zadowolić się drugim miejscem, ale również pokazał w całym weekendzie bardzo wysoką formę.
Wróblewski pojechał po swoje zwycięstwo w sposób, który nie pozostawił większych wątpliwości. Po pełnym emocji finale Masters to właśnie on mógł unieść ręce w geście triumfu, zamykając tym samym niezwykle widowiskową niedzielę w Koszalinie.
Czekamy na finał
Sezon Prime Drift Open wchodzi w decydującą fazę, a przed nami finał, który może przynieść jeszcze wiele zmian w klasyfikacji generalnej. Po przedostatniej rundzie sytuacja w poszczególnych klasach jest niezwykle ciekawa, a walka o podium zapowiada się naprawdę emocjonująco.
W klasie Masters na pozycji lidera umocnił się Łukasz Pijar. Kolejne miejsca zajmują Mateusz Suski oraz Fabian Hała. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie między tą trójką rozstrzygnie się walka o końcowy układ podium. Każdy punkt będzie miał ogromne znaczenie, a finał może jeszcze odwrócić losy klasyfikacji.
W klasie Pro na pozycję lidera wskoczył Rafał Biej, tuż za nim plasuje się Kordian Trela-Muchewicz, a trzeci jest Michał Karwat. Tuż za podium panuje jednak prawdziwy tłok – kilku zawodników wciąż ma realne szanse, by wedrzeć się do najlepszej trójki. Zadanie będzie jednak niezwykle trudne, szczególnie że lider klasy Pro wypracował już przewagę, którą ciężko będzie odrobić w jednej rundzie.
Arcyciekawie wygląda sytuacja w klasie Pro Am. Liderem jest Paweł Jung, ale za jego plecami znajduje się aż sześciu zawodników, których dzielą dosłownie ułamki. Tutaj naprawdę może wydarzyć się wszystko. Jeden udany przejazd, jeden błąd rywala czy minimalna różnica punktowa może całkowicie zmienić układ klasyfikacji.
Wszystkie najważniejsze rozstrzygnięcia zapadną podczas ostatniej rundy sezonu, która odbędzie się w dniach 2-4 października na torze w Słomczynie.
Jedno jest pewne – przed nami finał pełen walki, emocji i driftu na najwyższym poziomie. Losy końcowego podium pozostają otwarte, a odpowiedź na pytanie, kto sięgnie po najważniejsze trofea, poznamy dopiero po ostatnich przejazdach.




