Ronde di Andora – dwanaście lat od wypadku, po którym zamarła cała Polska

Ronde di Andora
fot. Gianni Chiaramonti

6 lutego 2011 roku Polska po prostu zamarła. W mediach pojawiły się pierwsze informacje o bardzo poważnym wypadku Roberta Kubicy na Ronde di Andora… Główne wydania serwisów informacyjnych pokazywały zdjęcia rozbitej maszyny oraz przebitki nieprzytomnego kierowcy, którego medycy zabierają właśnie na pokład śmigłowca ratunkowego. Dwanaście lat temu wydawało się, że jesteśmy niestety świadkami ponurego finału jednej z najpiękniejszych karier rodzimego motorsportu. Na szczęście, Robert szybko udowodnił, jak bardzo się myliliśmy!

„W tym miejscu zawsze rzucało…”. „Nie, Robert… O Boże… co mu się stało?”. Te słowa na zawsze zapiszą się w pamięci tysięcy polskich fanów, którzy 6 lutego 2011 roku oglądając główne wydania czołowych serwisów informacyjnych dowiedzieli się o poważnym wypadku Roberta Kubicy i Jakuba Gerbera na pierwszym oesie Ronde di Andora. Dziś mija dwunasta rocznica tego wydarzenia. I choć wtedy żyliśmy w strachu, że realizuje się właśnie jeden z najgorszych scenariuszy, Kubica postanowił wprowadzić do niego spektakularne poprawki. Polak zmienił horror w prawdziwy happy end, dokonując niemożliwego w raptem 580 dni.

Włoski początek

Aby nieco lepiej zrozumieć całą sytuację – krótkie wprowadzenie. Na początku 2011 roku Kubica był już zawodnikiem z wyrobioną marką i pewną pozycją w świecie Formuły 1. Na swoim koncie miał jedno zwycięstwo (Grand Prix Kanady 2008), do tego dwanaście razy stawał na podium. Obok startów w F1, wzrok Roberta coraz częściej spoglądał w stronę rajdów samochodowych. Po pierwsze, jak sam wspominał, była to jego pasja. Po drugie, traktował tę dyscyplinę jako idealną formę treningu, dzięki której miał wspiąć się jeszcze wyżej, stać się jeszcze lepszym kierowcą. Krakowianin pojawił się na oesach już w 2009 roku, startując za kierownicą Renault Clio R3 z Michałem Kuśnierzem, później z Jakubem Gerberem. Pierwsze kilometry nie były jednak usłane różami. Kubica dotarł do mety tylko jednego z pięciu rajdów w tamtym roku. Zajął 29. miejsce we francuskim Rallye du Var.

Polak zdecydowanie zwiększył liczbę startów już rok później, trzymając się głównie imprez rozgrywanych we Włoszech. Ba, krakowianin dzielił rajdowanie ze startami w F1, wracając na odcinki specjalne w przerwach pomiędzy Grand Prix. W 2010 roku zadebiutował też w Rajdowych Mistrzostwach Europy oraz Mistrzostwach Włoch, w których odniósł pierwsze sukcesy (między innymi wygrał wszystkie oesy Rally del Solanto w swojej klasie). Apetyt rósł w miarę jedzenia. Robert szukał nowych wyzwań i stale podnosił rajdową poprzeczkę.

Duet Kubica/Gerber miał pojawić się na oesach… Rajdu Monte-Carlo. Nie doszło do tego, ponieważ biało-czerwonej załodze nie udało się zdobyć odpowiedniej maszyny, zaś start przednionapędowym Clio na oblodzonej nawierzchni nie zwiastował wielkiego sukcesu… Alternatywą był występ w drugiej edycji Ronde di Andora. Co ciekawe, po testach F1 w Walencji Robert chciał nawet zrezygnować z tego startu, jednak ostatecznie nazwiska naszych rodaków znalazły się na liście zgłoszeń. Ronde di Andora ruszyło 6 lutego 2011.

Przeklęte Ronde di Andora

Po dwunastu latach feralny wypadek nie ma już przed nami tajemnic. Jednak w 2011 roku kraksa Kubicy oraz Gerbera wywołała szok. Przez długi czas nie było wiadomo co naprawdę wydarzyło się na pierwszym odcinku specjalnym tej imprezy, a cała Polska, i to nie tylko ta „motorsportowa”, zamarła w oczekiwaniu na dalsze, potwierdzone już informacje prasowe. Dziś wiemy, że Robert i Jakub rozbili się na piątym kilometrze oesu „Val Merula”. Ich Skoda Fabia S2000 wbiła się w przydrożną barierę. Ta przedostała się do kabiny, raniąc kierowcę.

Gerber opuścił maszynę praktycznie bez szwanku. Po upewnieniu się że Robert żyje, pilot zabezpieczył miejsce kraksy, wezwał pomoc medyczną, i hamował następne auta. Niestety, Kubica nie zdołał już opuścić pojazdu. Metalowe elementy bariery przygniotły go do fotela, uszkadzając nogę, rękę i ramię. Najprawdopodobniej wyrwana obręcz kierownicy uderzyła także w jego twarz. Po rozcięciu wraku, śmigłowiec przetransportował zawodnika Renault do szpitala w Pietra Ligure. Stan Roberta był krytyczny. Kubica stracił aż pięć litrów krwi, zaś podczas siedmiogodzinnej operacji potrzebna była transfuzja. Na szczęście, udało się zatamować krwotok, ustabilizować funkcje życiowe. Kubicą zajął się wybitny specjalista, chirurg Igor Rossello. To on odpowiedzialny był za prawdziwy cud – rekonstrukcję nerwów, mięśni oraz perfekcyjne złożenie kości. Sumarycznie były to cztery skomplikowane zabiegi. Wtedy wydawało się, że to koniec kariery jedynego Polaka w świecie królowej motorsportu.

Tolkienowski powrót króla

580 dni… Tyle trwał rozbrat Kubicy ze sportami motorowymi. Polak powrócił do jazdy 8 września 2012 roku, startując w 3. Ronde Gomitolo di Lana. Ba, Krakowianin pilotowany przez Giuliano Manfrediego… wygrał tę imprezę, pokonując miejscowych rywali o przeszło minutę! Późniejszy zawodnik Williamsa i Alfa Romeo nie zamierzał zaliczać spokojnego, i „rozsądnego” powrotu. Na lini startu tej imprezy pojawił się za kierownicą Imprezy S12B, samochodu w specyfikacji WRC z sezonu 2007. Co stało się później, doskonale pamiętamy. Kubica został… mistrzem świata WRC2 (sezon 2013, z Maciejem Baranem). Po kolejnych czterech latach wrócił do bolidu F1, testując maszynę Renault. Zaledwie rok później został etatowym kierowcą stajni Williamsa, by po chwili związać się z ekipą Saubera i Alfa Romeo.

Dziś wiemy (co potwierdził sam Kubica), że w tamtej chwili na stole leżał już praktycznie gotowy kontrakt z Ferrari, a Robert miał zostać zespołowym partnerem Fernando Alonso. Fakt ten był szeroko komentowany w sieci, a na podopiecznego Renault spadło mnóstwo krytyki. Podnoszono głównie argument „braku rozwagi” oraz „odpowiedzialności”. Wiele osób nie mogło też zrozumieć, iż człowiek startujący w najważniejszej serii wyścigowej ryzykuje życie i zdrowie dla lokalnych startów. Dziś owa dyskusja nie ma żadnego sensu. Idealnym podsumowaniem będzie natomiast przytoczenie słów samego Roberta Kubicy:

Nie byłem zadowolony z tego, że byłem… dobry. Chciałem być lepszy, i chciałem więcej. Myślałem, że rajdy to dadzą. Dały. Problem w tym, iż zapłaciłem za to zbyt wysoką cenę”.

Klasyfikację generalną feralnego Ronde di Andora znajdziecie na stronie ewrc-results.com. Po więcej informacji o aktualnych startach Roberta Kubicy zapraszamy na rallyandrace.pl.