Grand Prix San Marino 1994 – najczarniejsze dni w historii F1

Grand Prix
fot. East News

Bez cienia wątpliwości, Grand Prix San Marino 1994 rozegrane na włoskiej Imoli przeszło do historii sportów motorowych jako najczarniejszy weekend Formuły 1. Poważna kraksa Rubensa Barichello, ranni kibice oraz tragiczne wypadki Rolanda Ratzenbergera i Ayrtona Senny już na zawsze zmieniły oblicze świata wyścigów… Jak do tego doszło? I jakie kontrowersje stoją za rywalizacją na Autodromo Enzo e Dino Ferrari? Wspominamy smutne wydarzenia sprzed niespełna trzydziestu lat.

Każdy kto interesuje się motorsportem zdaje sobie sprawę z tego, jak ryzykowna jest nasza pasja. Tę samą świadomość mają też zawodnicy, którzy mimo niebezpieczeństwa decydują się na zapięcie kasku i zajęcie miejsca za kierownicą. W sformułowaniu, iż „świat wyścigów jest dla szaleńców” kryje się sporo prawdy – wystarczy bowiem niepozorny błąd czy awaria, aby nagłówki gazet informowały czytelnika o kolejnym, tragicznym wypadku… A jednak od dekad rywalizacja na torach wyścigowych rozwija się w iście szaleńczym tempie, urastając niekiedy do rangi nowej religii. Niestety, wiele przełomowych momentów i technologicznych zdobyczy skroplonych było krwią kierowców, których śmierć wymusiła zmiany i modyfikację przepisów. Jedną z takich, najczarniejszy kart w historii, było Grand Prix San Marino 1994.

To właśnie wtedy królowa motorsportu straciła swojego księcia, Ayrtona Sennę. Kilkanaście godzin wcześniej zginął Roland Ratzenberger, reprezentant drużyny Simtek, którego nawet dziś pomija się w oficjalnych relacjach. Nie wiele zabrakło, aby swoje życie stracił 22-letni Rubens Barichello. A w wyniku niecodziennej kraksy na starcie wyścigu ranni zostali także kibice… Co wydarzyło się na przełomie kwietnia i maja 1994 na włoskiej Imoli? Jak zginęli Senna oraz Ratzenberger? I co zmieniło się po „czarnym weekendzie”? Poznajcie historię, która na zawsze zmieniła oblicze F1. Niestety, odbierając życie dwóm pasjonatom sportu.

Grand Prix
fot. autosport.com

Nieoczekiwany lider

Grand Prix San Marino rozgrywane w dniach 29.04 – 1.05 było trzecią rundą sezonu 1994. Kampanię otworzył pojedynek na brazylijskim Interlagos (triumf Schumachera), następnie stawka czempionatu przeniosła się do Japonii (kolejna wiktoria podopiecznego Benettona). Fakt, iż to obywatel Niemiec przewodził w tabeli Mistrzostw Świata wprawiał kibiców w nie lada zakłopotanie… Wydawało się bowiem, że murowanym faworytem do czwartej korony będzie Ayrton Senna. Brazylijczyk przeszedł w końcu do zespołu Williamsa – będącej wtedy bezsprzecznie najmocniejszą siłą w padoku, dysponującą genialnymi silnikami od Renault. Niestety, potencjał brytyjskiego konstruktora stępiły najnowsze regulacje techniczne FIA, według których zakazano stosowania kontroli trakcji, ABSu oraz aktywnego zawieszenia.

Mimo znacznie zmniejszonego potencjału, Senna za kierownicą FW16 był gwarancją tego, że Williams zostaje w grze o kolejne laury. Sezon zaczął się jednak dość pechowo. Senna nie popisał się przed własną publicznością – stracił pozycję lidera podczas tankowania, a rzucając się w pogoń za Schumacherem rozbił maszynę. Pojedynek w Okayamie skończył się chwilę po starcie – w wyniku karambolu Ayrton odpadł z gry na pierwszym okrążeniu.

Złap mnie, jeśli potrafisz

Oczywiste stało się więc to, że Williams i Senna muszą pokonać swoich rywali na Imoli. Kiepską atmosferę podsycały medialne utarczki i… wzajemne oskarżenia. Ferrari już od samego początku wzbudzało podejrzenia sędziów i konkurencyjnych zespołów. Williams ostrzegał, że pomimo surowego zakazu FIA Benetton korzysta z kontroli trakcji. Własne śledztwo prowadził nawet sam Senna, który po kraksie w Japonii stanął za barierką, aby bacznie obserwować swoich rywali. Brytyjscy inżynierowie nie mogli także pogodzić się z wynikami Grand Prix Brazylii. B194 zyskiwały około trzy sekundy na samym tankowaniu. Pojawiła się teoria mówiąca o tym, że Benetton przeprojektował swoje urządzenia, dzięki czemu wtłaczał paliwo w nieprzepisowy sposób. Tej winy nie udało się jednak udowodnić.

W Williamsie nie mogli doczekać się trzeciej rundy. Wygrana na torze z frazą „Ferrari” w nazwie oraz możliwość utarcia nosa „nieuczciwym” oponentom były kuszącą propozycją. Nikt nie spodziewał się jednak tego, iż potyczka na torze prędko zejdzie na dalszy plan…

Najpierw Barichello

Cała kampania 1994 naznaczona był pewną ponurą aurą, a mniejsze lub większe wypadki zdarzały się nader często. Dochodziło do nich nawet przed oficjalnym startem sezonu. Fin Jarvilehto uszkodził kręgi podczas testów na Silverstone, Jean Alesi złamał kark w trakcie „objeżdżania” maszyny na włoskim Mugello. Batalia na Imoli rozpoczęła się od podobnego akcentu… W trakcie sesji kwalifikacyjnej Rubens Barichello najechał na krawężnik. Pojazd wystrzelił w górę, przecinając powietrze niczym myśliwiec… Brazylijczyk uderzył w bandę przy prędkości ponad 220 km/h oraz przeciążeniach osiągających wartość przeszło 100 G. Fakt iż Barichello przeżył ową kraksę nazwać można prawdziwym cudem. Mało tego, choć Brazylijczyk trafił do szpitala, wrócił na tor już… następnego dnia. Poza licznymi siniakami Rubens miał złamany nos oraz rękę, co skutecznie wykluczyło go z dalszej walki o punkty.

Co ciekawe, Senna mocno przeżył wypadek swojego krajana… Według relacji Rubensa, to właśnie Ayrton czuwał przy jego łóżku kiedy ten odzyskał przytomność. Trzykrotny mistrz świata miał opuścić Autodromo Enzo e Dino Ferrari skacząc przez ogrodzenie. Podopieczny Williamsa udał się do Bolonii, aby możliwie jak najprędzej odwiedzić przyjaciela w szpitalu. Naturalnie zrobił to mimo zakazu, wymykając się sędziom, obsłudze i współpracownikom. Udało mu się też przekonać personel kliniki, by ten pozwolił mu na odwiedzenie pacjenta.

Grand Prix
fot. CNN

Później Ratzenberger

W sobotę kibice zdążyli już zapomnieć o piątkowym wypadku. Informacje o dobrym stanie zdrowia i fotografie uśmiechniętego Rubensa przywróciły także apetyt na rywalizację. I gdy wydawało się, że można już skupić się na podziwianiu ulubionych kierowców w akcji, obiekt znów zamarł. Widzowie siedzący na trybunie obok sekcji „Villeneuve” usłyszeli przeraźliwy, głuchy huk. Po chwili echo roznosiło tylko dźwięk zniszczonego, wyjącego nierówno silnika. Kamery oficjalnej transmisji zarejestrowały ustawiony w poprzek wrak. I ponury obraz, na którym kierowca nie daje oznak życia, zaś jego głowa spoczywa bezwładnie na monokoku.

Roland Ratzenberger, austriacki zawodnik drużyny Simtek chwilę wcześniej uszkodził swoją maszynę, łamiąc przednie skrzydło. Chociaż z logicznego punktu widzenia kierowca winien był wrócić do alei, Roland zdecydował się jechać dalej, rozpoczynając następne okrążenie. Niestety, opór powietrza rozerwał resztki pakietu aero we wspomnianym wirażu, przez co Austriak stracił panowanie nad kierownicą. Wpadając w zakręt pędził z prędkością przeszło 300 km/h, a chwilę później uderzył w gruby, betonowy mur okalający nitkę włoskiego toru.

Ciche pożegnanie

Służby pojawiły się na miejscu po kilkunastu sekundach. Rolanda przewieziono do centrum medycznego, skąd helikopter zabrał go do szpitala w Bolonii. Dokładnie tej samej kliniki, w której kilkanaście godzin temu opiekowano się Rubensem Barichello. Godzinę po zdarzeniu wyemitowano smutny komunikat. Ratzenberger zmarł w wyniku poważnych obrażeń głowy.

W momencie wypadku Senna wciąż znajdował się na wirtualnym pole position. Brazylijczyk ponownie uciekł za bramę obiektu, gdzie spotkał się z Sidem Watkinsem – delegatem FIA i głównym lekarzem (neurochirurgiem). Gdy wznowiono kwalifikacje, kierowca z Sao Paulo postawił się swoim przełożonym. Ayrton nie zamierzał tego dnia wyjeżdżać na „czasówkę”.

Co naprawdę smutne, na pogrzebie w Salzburgu pojawiło się ledwie… 250 osób. Zabrakło kierowców, oficjeli, kamer i dziennikarzy. Niewielką delegaturę F1 poprowadził Max Mosley. Padło nawet zgorzkniałe sformułowanie, jakoby Formuła 1 „zapomniała o Ratzenbergerze”. Skromny nagrobek austriackiego zawodnika ozdobiono cytatem: „Żył dla swoich marzeń”.

Mistrzowskie ambicje

Sid Watkins zdecydował się opowiedzieć o tym jak wyglądało jego spotkanie z Ayrtonem. Gdy Brazylijczyk dowiedział się o śmierci Rolanda nie mógł powstrzymać łez. Neurochirug wdał się z nim w krótką dyskusję. Miał wprost zasugerować mu wycofanie się z wyścigu:

SW: Ayrton, wycofaj się z tego wyścigu. Właściwie po co Ty to jeszcze robisz? Co jeszcze chcesz udowodnić? Masz już trzy tytuły, jesteś tu najszybszy. Rzuć to, pojedźmy na ryby.”.

AS: Sid, istnieją rzeczy nad którymi nie mamy kontroli. Nie mogę… Muszę jechać dalej!”.

Ostatecznie Senna zdobył pole position. Był także zdecydowanie najszybszy w niedzielnej, ostatniej sesji rozgrzewkowej. Jeszcze przed startem Grand Prix Brazylijczyk zaapelował o organizację konferencji w sprawie zwiększenia bezpieczeństwa w F1. W tę inicjatywę miał zaangażować się sam Alain Prost, składając uroczystą deklarację podczas relacji na żywo. Na odprawie kierowców najważniejszym tematem była kwestia dostępnego we Włoszech samochodu bezpieczeństwa. Rodzinny Opel Vectra nie był najszybszym wozem, zawodnicy uważali, że podążanie za tak wolnym samochodem staje się dość niebezpieczne z powodu wystudzających się opon i zmian w ciśnieniu ogumienia. Włodarze Grand Prix podjęli więc decyzję, aby zrezygnować z samochodu bezpieczeństwa podczas okrążenia formującego. Wtedy nie było jednak czasu na to, aby Vectrę zastąpił inny… bardziej odpowiedni pojazd.

Punktualnie o godzinie 14:00 na Autodromo Enzo e Dino Ferrari zgasły czerwone światła.

Tamburello…

Wyścig rozpoczął się w najgorszy możliwy sposób. W maszynie Jarvilehto zgasł silnik, a w bolid Fina wbił się kierowca Lotusa, Pedro Lamy. Oderwane koło pofrunęło w stronę trybun, raniąc aż dziewięć osób. Na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa. Wspomniany Opel jechał zbyt wolno, prowadzący Senna zrównywał się z nim, prosił kierowcę, by ten docisnął gaz. Procedura przedłużała się, a safety car zniknął w alei serwisowej dopiero na… piątym okrążeniu. Chwilę po zakończeniu neutralizacji kibice śledzący zmagania w Grand Prix San Marino zamarli po raz kolejny. Na siódmym okrążeniu Williams Ayrtona wypadł z trasy na wirażu „Tamburello”, i z impetem wbił się w ścianę. Stewardzi wywiesili czerwoną flagę…

Na miejscu pojawiła się cała świta lekarzy oraz ratowników, na czele z Sidem Watkinsem. Widzowie zgromadzeni przed telewizorami poczuli słabą iskierkę nadziei. W pewnej chwili głowa kierowcy poruszyła się, zaś ciało lekko wyprostowało. Sid Watkins zadecydował, by jak najszybciej wyciągnąć Sennę z maszyny. Wykonał tracheotomię, starał się opanować krwotok. Według nieoficjalnych doniesień, Brazylijczyk miał stracić przeszło dwa litry krwi. Realizatorzy wstrzymali transmisję z kamery helikoptera. Obawiano się, że prezentowane obrazy będą zbyt drastyczne dla widzów. Nikt nie wiedział, czy Ayrtom przeżył tę kraksę. Watkins tak opisał tę chwilę w jednym z wywiadów, udzielonych kilka lat po Grand Prix:

Zdjęliśmy kask. Miał zamknięte oczy, był nieprzytomny. Uniosłem jego powieki. I wtedy zrozumiałem, że mamy do czynienia z bardzo poważnymi obrażeniami mózgu… (według niektórych tłumaczeń Watkins miał nawet stwierdzić iż był pewien, że będzie to wypadek śmiertelny). Wyciągnęliśmy go z kokpitu, ułożyliśmy obok, na ziemi. Muszę przyznać, nie należę do osób wierzących w Boga. Ale wtedy usłyszałem westchnienie. I chyba poczułem, jakby właśnie w tamtym momencie jego dusza ostatecznie opuściła ciało, jakby uleciała…”.

Ostatecznie wznowiono rywalizację. Wygrał Schumacher, przed Larinim oraz Hakkinenem.

fot. Automobile Club de Monaco – oficjalny profil Facebook

Pechowy spaw drążka?

Po kwadransie na torze wylądował śmigłowiec. Ayrton został zabrany do szpitala w Bolonii, serce herosa z Sao Paulo zabiło po raz ostatni o godzinie 18:37. We wraku FW16 obsługa toru znalazła austriacką flagę. Stając na podium Senna chciał oddać hołd Ratzenbergerowi.

Senna zmarł mając 34 lata. Dziś przypuszcza się, iż za zgon kierowcy odpowiada oderwane koło oraz komponenty zawieszenia, które po obiciu się od ściany przebiły wizjer jego kasku uszkadzając czaszkę i rozrywając tętnicę. Brazylijczyk nie miał żadnych szans na przeżycie. Co było powodem tej kraksy? Tego nie dowiemy się już nigdy, a cała sprawa otoczona jest dziwnym, tajemniczym całunem milczenia. Nie brakuje też domysłów czy spiskowych teorii.

Przedstawiciele Williamsa zakładali, że śmierć ich gwiazdora spowodowana była odłamkami na torze, których nie uprzątnięto po kolizji z pierwszego okrążenia. To one miały uszkodzić bolid, doprowadzając do tragicznego przebiegu wyścigu. Naturalnie Włosi rozpoczęli własne śledztwo, które zakończyło się na sądowej wokandzie. Stwierdzono, że oficjalną przyczyną wypadku była pęknięta kolumna kierownicy. Ayrton prosił o skrócenie drążka, inżynierowie (w tym sam Adrian Newey) mieli przystać na prośbę kierowcy. Jednak zdaniem włoskiego oskarżyciela popełniono błędy, zaś cięcie oraz spawanie wykonano… niezgodnie ze sztuką. Prokuratura walczyła o wyrok skazujący dla Franka Williamsa, Adriana Neweya i Patricka Heada. Całą trójkę uniewinniono w 1997, 1999 i 2003. W 2007 roku najwyższa z instancji wydała jednak wyrok skazujący. Head został uznany za winnego. W wyjaśnieniu zapisano, że Head nie dopełnił swoich obowiązków. Nie trafił jednak za kratki – zgodnie z tamtejszym prawem zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci przedawnia się po siedmiu i pół roku.

Grand Prix tajemnic i domysłów

Co powoduje więc, że dyskusja o winie i powodach śmiertelnego wypadku wciąż trwa? Po pierwsze, dziwne zachowanie Williamsa. Stajnia miała dostarczyć FIA „czarną skrzynkę” z FW16. Urządzenie rejestrujące telemetrie, położenie kierownicy, ciśnienie opon. Ale kiedy ostatecznie komputer trafił do oficjeli FIA ci stwierdzili, że został on… celowo zniszczony. Dalej, kiedy prokuratura zwróciła Williamsowi bolid i kask kierowcy, te zostały pospiesznie zutylizowane. Silnik zwrócono do fabryki Renault. Nie udało się ustalić jego dalszego losu.

Kolejną wątpliwość budzi nagranie z kamery pokładowej. Realizator transmitował onboard Senny, zmieniając kadr dosłownie w momencie, kiedy Ayrton zaczął wypadać z asfaltu. W sądzie zaprezentowano odrobinę dłuższe nagranie… Pojawiły się plotki mówiące o tym, że Frank Williams dysponuje pełnym zapisem materiału, które pokazałyby Sennę z oderwaną kierownicą. Stajnia nie chciała jednak pokazywać światu, że to ich błąd doprowadził do tej tragedii. Fakt, iż prawnicy zespołu nabrali wody w usta używając nieoczywistych zwrotów sprawił, iż Frank Williams do końca życia walczył z łatką „mordercy”. Zwłaszcza w Brazylii.

Wiele kontrowersji wywołuje również kwestia godziny zgonu. W pierwszych dokumentach zapisano 14:17 – co oznacza, że lider Grand Prix San Marino zginął w chwili uderzenia ze ścianą. Taką godzinę ustalili medycy obecni na Imoli. Jednakże oficjalne wieści mówią o… 18:37 (gdy zatrzymało się serce kierowcy). Wszystko zależy od prawnej, etycznej i nieco zawiłej, medycznej terminologii. Po latach nie milkną jednak głosy, iż oficjele FIA i władze toru nie chciały informować o śmierci zawodnika, ponieważ zmusiłoby to ich do odwołania Grand Prix. A taki ruch wywołałby finansową lawinę pozwów o sponsorskie odszkodowania.

Patrząc na literę prawa, wyścig powinien zostać odwołany już po wypadku Ratzenbergera…

Brazylia w żałobie

Ayrton Senna był kimś więcej, niż tylko „kierowcą wyścigowym”. Był prawdziwą gwiazdą. Zrobienie sobie z nim zdjęcia lub wspólne zapozowanie przed kamerą stało się obsesją dla wielu modelek i celebrytów. Po prostu, ogrzanie się w jego blasku przyciągało sponsorów, dziennikarzy. Mimo tego, według relacji swoich rywali był skromnym człowiekiem, którego szczerze kochano. Brazylia ubóstwiała swojego herosa, zaś ten nigdy o niej nie zapominał. Mistrz świata z Sao Paulo pomagał ubogim, finansował rozwój młodych talentów i dotował rodzimy sport. Dla biedoty z faweli był uosobieniem Boga… Boga, w którego sam głęboko wierzył, zaś chrześcijańską troskę o bliźniego traktował wręcz jako obowiązek. Dlatego też siostra Ayrtona, Viviane, postanowiła kontynuować jego dziedzictwo. Tak też kilka miesięcy po śmierci Senny powołano do życia Ayrton Senna Institute (IAS). Fundację pozarządową, mającą zapewniać możliwości rozwoju dla młodych Brazylijczyków z biedniejszych rodzin.

Co najpiękniejsze i najważniejsze w całej historii, śmierć Rolanda i Ayrtona nie poszły na marne. Efektem tragicznego przebiegu Grand Premio di San Marino była implementacja kołnierzy HANS i całkowite przemodelowanie zasad bezpieczeństwa na torze, zwłaszcza w zakresie procedur i wyboru samochodów bezpieczeństwa. Przemodelowano również sam tor, wprowadzając spowalniające szykany. Trzy lata później zaraz za wirażem „Tamburello” postawiono pomnik Brazylijczyka, pod którym niezależnie od pory roku leżą świeże kwiaty.

Kimkolwiek jesteś, bez względu na to, czy jesteś dziś biedny czy bogaty, zawsze okazuj wielką siłę i determinację. Wszystko co robisz rób z miłością i głęboką wiarą w Pana Boga. Sam zobaczysz, pewnego dnia osiągniesz swój wymarzony cel” – Ayrton Senna.

Po więcej wiadomości ze świata królowej motorsportu zapraszamy na www.rallyandrace.pl. Zachęcamy Was również do wyrażania swojej opinii w mediach społecznościowych. Kiedy poinformowano o śmierci Ayrtona Bernie Ecclestone stwierdził, iż był to najlepszy kierowca wszech czasów, najlepszym, jakiego kiedykolwiek widział. Wy też zgadzacie się z tą opinią?